Świątynie, świątynki

Zaskakująco, bo bez opóźnień, a więc o 6 rano dojechaliśmy do Bhubaneswaru. Miasto to jest stolicą Orissy, prowincji o dość burzliwej historii. Ok. I w.p.n.e. Buddyzm zaprowadzony tu przez słynnego i wielbionego Ashokę, został wyparty przez dźinizm (Janism) – z tego okresu pozostały kute w skale klasztory, o których będzie później. Do VII w.n.e. hinduizm zajął miejsce dźinizmu i niezliczone świątynie z tego okresu pozostały tu do dziś. Za panowania muzułmanów w XVI w. wiele z tych świątyń w Bhubaneswarze zostało zniszczonych, ale sporo pozostało do dziś i je właśnie obraliśmy za pierwszy cel.

Największą i najważniejszą świątynia hinduistyczną jest Lingaraj Mandir mierząca 54 metry wysokości, dedykowana Panu Trzech Światów (Tribhuvaneswar) i datowana na lata 1090-1104, choć niektóre jej części liczą sobie ponad 1400 lat. Jest otoczona przez 50 mniejszych światyń. Granitowy blok reprezentujący Tribhuvaneswara jest codziennie kapany w wodzie, mleku i bhang (nic innego, jak marihuana!) Świątynia otoczona jest murem i zamknięta dla nie-hinduistów (nie wpuszczono do niej nawet Indiry Ghandi, gdyż jej mąż był Parsi) i niestety moglismy ją podziwiać tylko z platformy widokowej umieszczonej obok. Gdy tylko się do niej zbliżyliśmy, pojawił się jakiś cwaniak z żądaniem donacji (mimo, że oczywiście taras widokowy jest darmowy). Ile? As you wish. 20 rupii. No, no, 100 is request!!! Wysłaliśmy go na drzewo i po prostu weszliśmy na taras.

Nie weszliśmy do Lingaraj Mandir, widzieliśmy za to wiele innych świątyń, niektóre z pięknymi rzeźbami erotycznymi, inne w zadbanych i spokojnych ogrodach, jeszcze inne obudowane ohydnymi blokami, niedbale upchnięte w podwórka, opuszczone i zapyziałe.

Główne świątynie Bhubaneswaru znajdują się w pobliżu Bindu Sagar (Ocean Drop Tank), który podobno zawiera wodę z każdego świętego strumienia, stawu i zbiornika w Indiach. Oczywiście schodzą do niego bardzo malownicze ghaty:

A oto kilka zdjęć z ulic Bhubaneswaru:

Na drogach królują kolorowe ciężarówki:

Zrobiło się bardzo gorąco (mimo, że to zima:-), więc postanowiliśmy od dziś robić sjestę w środku dnia. Tym razem usadowilismy się w rozkosznym ogrodzie przy jednej ze świątyń.

W Bhubaneswarze zauważyliśmy zjawisko, którego dotychczas nie znaliśmy (nie było tego w Delhi, Varanasi, czy Kalkucie) – Hindusi reagują na nas ogromną ciekawością; dzieci biegną za nimi, dorośli wgapiają się w nas (inaczej nie da się tego nazwać), robią sobie z nami zdjęcia, dotykają nas, podają nam rękę i bez przerwy pytają, skąd jesteśmy. Po doświadczeniach z naganiaczami we wspomnianych już, dużo bardziej turystycznych miejscach, z początku byliśmy bardzo nieufni, ale tu nikt nie próbuje nam nic sprzedać, ludzie są nas po prostu ciekawi.

Nieco wyprzedzając fakty, dodam, że im dalej na południe, im dalej od standardowego turystycznego szlaku: New Delhi, Varanasi, Agra, ewentualnie Goa, tym większą (i prawdziwszą) wzbudzamy ciekawość. Nie byliśmy na to przygotowani, w końcu co i rusz ktoś jeździ do Indii, więc powinni znać tam białych. Trzeba jednak pamiętać, że w tym kraju żyje niemal 1,2 mld Hindusów, więc nawet 2-3 mln turystów (rocznie!) rozpływa się w tym ludzkim oceanie. Do tego większa część Indii (poza wymienionym „żelaznym” programem wycieczek) bardzo rzadko ogląda białych. Stanowimy więc nie lada atrakcję.

11.01.2011

2 odpowiedzi to “Świątynie, świątynki”

  1. Konrad pisze:

    co wiecej, oni robia sobie zdjecia z bialymi, zeby potem w domu przy rodzinnym spotkaniu pokazywac i opowiadac o swoich europejskich przyjaciolach :)
    ale widze Kingo ze sie zaczynasz wtapiac strojem w srodowisko, to takie barwy ochronne co by naganiaczy zmylic? ;>

  2. Krokodylica pisze:

    Konradzie, ten kamuflaż całkiem nieźle działa – nie rzucam się tak w oczy swoja europejskością. Ale jak już pisałam, im dalej na południe tym mamy mniej problemów z naganiaczami – tu europejskość budzi ciekawość i sympatię.

Odpisz